próba zrozumienia, dlaczego jedni się zatrzymują, 
a inni nawet nie patrzą

13 kwietnia 2026
red letters neon light

Ten temat dotyczy pieniędzy. Wprost. Wpłat, zrzutek, pomagania.

 

Być może moje podejście bierze się z tego, że przez większość życia byłam po tej „drugiej stronie” — tej, która daje. Zrzutki, Mikołaje, paczki świąteczne… kilka razy w roku coś mnie poruszało i po prostu wpłacałam albo pomagałam inaczej.

Pamiętam, jak jechałam kiedyś samochodem i w radiu usłyszałam historię ludzi, którzy tworzyli miejsce lawendowe. Potrzebowali pieniędzy na przeniesienie stodoły, na pola, na start. Wpłaciłam. Nigdy tam nie pojechałam, nie skorzystałam z żadnych „bonusów”. I wcale tego nie żałuję. Mam satysfakcję, że byłam małą częścią czegoś, co komuś się udało.

 

I nie — nie piszę tego, żeby się pokazać. To nie były wielkie akcje, tylko zwykłe, ludzkie odruchy. Tak samo jak to, że jeśli ktoś znajomy coś organizował, to pomagałam — dla mnie to była oczywistość. Solidarność. Naturalna rzecz.

 

A potem życie zrobiło zwrot.

Zachorowałam. I nagle znalazłam się po drugiej stronie — tej, która prosi o wsparcie.

 

Medycyna komplementarna kosztuje. I to dużo. Co miesiąc. Od ponad półtora roku.

Nie pracuję, robię ceramikę, sprzedaję kubki, talerze… i liczę na to, że komuś się coś spodoba. To mi pomaga — finansowo i psychicznie.

 

I wiecie co? Spotkałam się z ogromnym dobrem. Od ludzi bliskich i zupełnie obcych. Wiele osób ma moje talerze, miski i kubki.

Wpłaty po 1000 zł, 2000 zł, nawet 3000 zł, także od osób, z którymi widziałam się raz czy dwa razy w życiu… to naprawdę odebrało mi mowę.

I nie chodzi tylko o samą kwotę — choć oczywiście to są bardzo duże pieniądze. Bardziej o to, że ktoś chce i może w ten sposób pomóc. Byłam pełna podziwu. Naprawdę. I pełna takiego cichego wzruszenia....

 

Ale spotkałam się też z czymś drugim.

 

Z ciszą.

 

Od niektórych osób, które są w moim życiu – na różne sposoby. Na przykład od ludzi, z którymi chodziłam do szkoły, z którymi spotykamy się co kilka lat, gdzie jest jakaś nić wspomnień.

Ale to tylko jeden z przykładów.

Ponad 20 osób — i kilka reakcji. Reszta… nic. Nawet krótkiego „trzymam kciuki”.I zaczęłam się zastanawiać: dlaczego?

Nie chodzi mi tylko o pieniądze. Chodzi o gest. O te 20, 50, 100 zł — w zależności od możliwości. Ale też o znak: „widzę Cię”, „jestem”, „trzymam za Ciebie kciuki”.

Bo dla mnie pomaganie zawsze było czymś więcej niż przelew. To było bycie częścią czegoś. Szukanie korków na projekt, ubrań do spektaklu, wspieranie czyjejś inicjatywy. Ta świadomość, że dokładasz swoją małą cegiełkę — i potem widzisz efekt.

 

Rozumiem, że w moim przypadku mogą wchodzić różne emocje – ktoś mnie lubi, ktoś nie, dla kogoś mogę być po prostu obojętna – ale właśnie dlatego tym bardziej poruszył mnie Nepal.

 

Zrobiłam zrzutkę dla szkoły, gdzie dzieci nie mają kredek, farb, piłki, skakanki. Naprawdę zero, nic nie mają. Moje hasło było proste: 20 zł — mniej niż kawa na mieście.

I znowu — ogrom dobra od niektórych. I zupełny brak reakcji od innych.

 

A dla mnie to ma dwa wymiary:

pierwszy — realna pomoc tym dzieciakom,

drugi — wsparcie mnie, jako osoby, dla której to było ważneI tego chyba nie rozumiem najbardziej.

 

Nie chodzi o to, że ktoś „musi”. Nie chodzi o ocenianie. Nie chodzi o wyciąganie pieniędzy. Chodzi o coś dużo prostszego. O to, że czasem można na chwilę zatrzymać się w swoim świecie — pracy, zakupów, spotkań — i pomyśleć o kimś innym.

I zrobić mały ruch w jego stronę. Bo z tego zostaje coś więcej niż pieniądze. Zostaje poczucie sensu. Ja to znam. Byłam częścią różnych historii — lawendy, wypraw, projektów. I jestem z tego zwyczajnie… dumna.

 

Zaczęłam się nad tym wszystkim zastanawiać.

Co tak naprawdę powoduje, że jedni pomagają, a inni nie? I czy to w ogóle jest takie proste.

Bo może ktoś ma dobre serce, tylko…

– nie lubi takiej formy pomagania

– nie ufa zrzutkom

– odkłada to i potem już nie wraca

Ale może jest też mniej wygodna prawda:

– komuś się po prostu nie chce

– ktoś nie chce podejmować decyzji

– ktoś woli nie wchodzić w temat, bo to niewygodne

– albo zwyczajnie… to go nie interesuje

 

I to też próbuję w sobie przyjąć, choć nie jest to łatwe. Bo każdy z nas jest w centrum swojego życia. Ma swoje sprawy, swoje problemy, swoje priorytety. I nie każda historia nas zatrzyma.

Tylko że z drugiej strony… pomaganie często zaczyna się właśnie w tym jednym momencie — kiedy na chwilę wychodzisz ze swojego świata i patrzysz na czyjś.

I robisz coś.

Albo nie.

 

I chyba najbardziej uczę się akceptować to, że obie te rzeczy po prostu istnieją.

I tyle.

 

Blog - główna strona

Kolejny wpis

CHCESZ  SIĘ ZE MNĄ SKONTAKTOWAĆ?

NAPISZ DO MNIE : beata.roszykiewicz@gmail.com