Nepal, Nepal, Nepal...

13 kwietnia 2026
red letters neon light

Nepal, Nepal, Nepal…

Minęły trzy tygodnie od powrotu,

a ja muszę Wam szczerze powiedzieć — bardzo tęsknię.

 

Tęsknię za tą prostotą życia, która pojawia się podczas takiej wyprawy.

Nie martwisz się o zakwaterowanie.

Nie zastanawiasz się, co będziesz robić — wiadomo, że idziesz. Pod górę albo w dół.

Nie myślisz o jedzeniu — jakiś placek, jakaś zupa w schronisku zawsze się znajdzie.

Nawet o pogodę się nie martwisz. Po prostu… jakoś będzie.

 

Moja wyprawa trafiła akurat na słabszy moment pogodowy.

Z ośmiu dni trekkingu tylko przez dwa było widać góry — widziałam Dhaulagiri i Annapurnę. Reszta dni była zamglona, wilgotna… ale rewelacyjna do marszu.

 

Nie umiem do końca ubrać tego w słowa, ale gdybym mogła — poleciałabym tam znowu.

I nie powiem, że bym się „poszwendała” po górach, bo to jest cholernie duży wysiłek. Ale jednocześnie… cudowny.

 

Nie miałam problemów z płucami, nie miałam objawów choroby wysokościowej.

Może dlatego, że dużo piłam i szłam powoli. Zawsze raczej ostatnia.

Oddychałam nosem, pilnowałam tętna — około 130, maksymalnie 140.

I kiedy to się udawało — zero zadyszki, zero bólu, zero zakwasów.

I do dziś brakuje mi tego wysiłku. Tego fizycznego, prawdziwego wysiłku, którego tutaj w Polsce po prostu nie mam.

 

Staram się codziennie zrobić swoje 5 kilometrów… ale to nie jest to.

Tam się szło cały dzień. Tam się oddychało.

W górach powietrze było cudowne. (Nie w Katmandu — tam jest dramat).

Lasy rododendronów — różowe, czerwone, kwitnące.

Mgła, która raz była wyżej, raz niżej, nawilżała skórę tak, że nie był potrzebny żaden krem. Włosy cały czas jak świeżo umyte.

To było po prostu… piękne.

 

Oczywiście — jedzenie monotonne. Po czterech dniach miałam już ochotę na coś innego, zwłaszcza że przed trekkingiem jedzenie w Katmandu czy Pokharze było rewelacyjne.

Ale ten czas… tylko dla siebie. Dla przyrody.

To jest coś tak unikalnego, tak oczyszczającego, tak… uzdrawiającego.

 

Myślę sobie też, że niewiele osób z mojego najbliższego otoczenia miałoby ochotę — albo dałoby radę — tak wędrować.

Cały dzień.

1400 metrów w górę jednego dnia.

1000 kolejnego.

Albo schodzenie 1200 metrów w dół.

To wbrew pozorom nie jest łatwe.

Dla niektórych może być nudne, męczące, niewarte tego wysiłku.

 

A mnie chodzi po głowie jedno.

 

Żeby może zorganizować taki wyjazd.

Żeby jeszcze 2–3 osoby złapały tego bakcyla.

Tego cudownego oderwania się od naszej cywilizacji.

Zobaczenia, jak żyją inni ludzie — prościej, inaczej.

Bo pewnie problemy wszędzie są podobne.

Ale świat… jest zupełnie inny.

 

Zwłaszcza tam, w górach.

 

Blog - główna strona

CHCESZ  SIĘ ZE MNĄ SKONTAKTOWAĆ?

NAPISZ DO MNIE : beata.roszykiewicz@gmail.com