Nepal, Nepal, Nepal…
Minęły trzy tygodnie od powrotu,
a ja muszę Wam szczerze powiedzieć — bardzo tęsknię.
Tęsknię za tą prostotą życia, która pojawia się podczas takiej wyprawy.
Nie martwisz się o zakwaterowanie.
Nie zastanawiasz się, co będziesz robić — wiadomo, że idziesz. Pod górę albo w dół.
Nie myślisz o jedzeniu — jakiś placek, jakaś zupa w schronisku zawsze się znajdzie.
Nawet o pogodę się nie martwisz. Po prostu… jakoś będzie.
Moja wyprawa trafiła akurat na słabszy moment pogodowy.
Z ośmiu dni trekkingu tylko przez dwa było widać góry — widziałam Dhaulagiri i Annapurnę. Reszta dni była zamglona, wilgotna… ale rewelacyjna do marszu.
Nie umiem do końca ubrać tego w słowa, ale gdybym mogła — poleciałabym tam znowu.
I nie powiem, że bym się „poszwendała” po górach, bo to jest cholernie duży wysiłek. Ale jednocześnie… cudowny.
Nie miałam problemów z płucami, nie miałam objawów choroby wysokościowej.
Może dlatego, że dużo piłam i szłam powoli. Zawsze raczej ostatnia.
Oddychałam nosem, pilnowałam tętna — około 130, maksymalnie 140.
I kiedy to się udawało — zero zadyszki, zero bólu, zero zakwasów.
I do dziś brakuje mi tego wysiłku. Tego fizycznego, prawdziwego wysiłku, którego tutaj w Polsce po prostu nie mam.
Staram się codziennie zrobić swoje 5 kilometrów… ale to nie jest to.
Tam się szło cały dzień. Tam się oddychało.
W górach powietrze było cudowne. (Nie w Katmandu — tam jest dramat).
Lasy rododendronów — różowe, czerwone, kwitnące.
Mgła, która raz była wyżej, raz niżej, nawilżała skórę tak, że nie był potrzebny żaden krem. Włosy cały czas jak świeżo umyte.
To było po prostu… piękne.
Oczywiście — jedzenie monotonne. Po czterech dniach miałam już ochotę na coś innego, zwłaszcza że przed trekkingiem jedzenie w Katmandu czy Pokharze było rewelacyjne.
Ale ten czas… tylko dla siebie. Dla przyrody.
To jest coś tak unikalnego, tak oczyszczającego, tak… uzdrawiającego.
Myślę sobie też, że niewiele osób z mojego najbliższego otoczenia miałoby ochotę — albo dałoby radę — tak wędrować.
Cały dzień.
1400 metrów w górę jednego dnia.
1000 kolejnego.
Albo schodzenie 1200 metrów w dół.
To wbrew pozorom nie jest łatwe.
Dla niektórych może być nudne, męczące, niewarte tego wysiłku.
A mnie chodzi po głowie jedno.
Żeby może zorganizować taki wyjazd.
Żeby jeszcze 2–3 osoby złapały tego bakcyla.
Tego cudownego oderwania się od naszej cywilizacji.
Zobaczenia, jak żyją inni ludzie — prościej, inaczej.
Bo pewnie problemy wszędzie są podobne.
Ale świat… jest zupełnie inny.
Zwłaszcza tam, w górach.
NAPISZ DO MNIE : beata.roszykiewicz@gmail.com