Podróż  życia  czy  podróż  lęku?

15 lutego 2026
red letters neon light

Za chwilę Nepal.

Każdy mnie pyta: „Jesteś podekscytowana? Masz już Reisefieber?”. Do wyjazdu półtora tygodnia, a ja… jestem cała zestresowana.

 

Zestresowana każdym bólem.

 

Człowiek ma swoje lata — organizm się zużywa, tu zaboli, tam strzyknie. Normalnie nie przykłada się do tego wielkiej wagi. Badania są w porządku, więc wiadomo: zmęczenie, pogoda, ciśnienie, byle co.

U mnie to tak nie działa.

 

Bo kiedy siedzi w człowieku nowotwór, to każdy ból głowy, każde mdłości — nawet jeśli mąż zjadł to samo i też ma sensacje — przechodzą przez jeden filtr: a może to przerzuty?

I już.

 

Nie potrafię się cieszyć na sto procent. Boję się, że nie wylecę. Że się czymś wcześniej zarażę. Że jednak są przerzuty. A jak dolecę i będę się tam źle czuła? Masakra.

 

Za dużo czarnego myślenia w mojej głowie. Nienawidzę tego. Naprawdę.

I czasem mam wrażenie, że będę się cieszyć dopiero wtedy, kiedy wrócę cała i zdrowa. Nie spodziewałam się, że tak będę przeżywać tę podróż. Myślałam, że będę skakać z radości, nie spać z wrażenia, że to podróż mojego życia, wyprawa, o której marzyłam latami.

A tu… dupa.

 

Bo ja wiem, że fizycznie dam radę. Wytrzymałościowo — bez problemu.
Weszłabym i na cztery siedemset, naprawdę. Byle się tylko dobrze czuć.

Powtarzam sobie: „będzie dobrze”.
Ale wiecie — to takie trochę pieprzenie dla uspokojenia.

 

Przestałam też mówić o Nepalu z taką ekscytacją. Usłyszałam: „Po co zbierasz pieniądze, skoro powinnaś je wydać na leczenie, a nie na wycieczkę?”.

I przez chwilę pomyślałam: może ma rację.

 

Ale nie.

Kiedy, jeśli nie teraz?

Kiedy nie ma przerzutów.

Kiedy czuję się w miarę dobrze.

Kiedy mam siłę na taką wyprawę.

 

Wierzę, że ten wyjazd da mi kopa. Na resztę roku. Na leczenie. Na życie.

 

Tak, wydaję pieniądze zebrane na badania. Ale szczerze wierzę, że będę miała jeszcze siłę zrobić mnóstwo rzeczy ceramicznych. Że znajdą się ludzie, którym to będzie potrzebne. Że będzie 1,5%. Że jakoś będzie.

Najtrudniejsze jest to, że nie pracuję. Nie mam własnych przychodów. Żyjemy z pensji Mirka. To ogromne obciążenie psychiczne.

 

Ale trwanie w myśleniu, że może być już tylko gorzej, że na lepiej jest za późno — to dopiero masakra.

Więc tak. Jestem zestresowana. Boję się. I jednocześnie jadę.

 

i tak się pocieszam: bo może właśnie na tym polega odwaga? 

Blog - główna strona

CHCESZ  SIĘ ZE MNĄ SKONTAKTOWAĆ?

NAPISZ DO MNIE : beata.roszykiewicz@gmail.com