Takie tam sobie myśli...

09 maja 2026
red letters neon light

Piątek

 

Wiecie co… boli mnie po prawej stronie, mniej więcej na wysokości płuca, łopatki, z boku. Umówiłam sobie tomografię na poniedziałek, trzy dni przed wyjazdem.

Pewnie jeszcze nie będzie opisu, ale wynik zobaczę po powrocie albo może jeszcze w trakcie wyjazdu.

I szczerze? Jestem przekonana, że coś tam niestety się dzieje, bo taki ból nie bierze się z niczego. Jestem osłabiona, zmęczona, taka trochę rozbita. I bardzo trudno jest mi myśleć o tym, że jeżeli terapia genetyczna przestaje działać, to pewnie znowu czeka mnie szpital, kolejne badania, pobieranie próbek, kombinowanie pod nowe leczenie. Mam ogromną nadzieję, że kolejnym krokiem nie będzie chemia.

I powiem Wam szczerze, że chyba pierwszy raz naprawdę zrozumiałam ludzi, którzy boją się tego, co ich czeka. Tej niewiadomej. Tego „co dalej”. I całego tego szpitala.

To nie jest „nie chce mi się”. To jest lęk przed tym wszystkim, co się z tym wiąże. Byciem poza domem. W obcym miejscu. Na łasce lekarzy, pielęgniarek, szpitalnego rytmu. Wieloosobowe sale, pobudki w nocy, brak prywatności, ten cały trud i totalny brak komfortu. I co najważniejsze i kluczowe: Niewiedza, czy kolejne leczenie zadziała, jakie będą skutki uboczne i jak będzie z tym wszystkim wyglądało moje życie.

I najgorsze jest to, że tutaj nie ma za bardzo pola do negocjacji. Nie da się powiedzieć „to może inaczej”. Człowiek musi się dostosować do tego, co wyjdzie i co powiedzą lekarze. Czy się chce, czy nie.

A ja momentami mam po prostu ochotę zawinąć się w koc, położyć i powiedzieć: „dajcie mi wszyscy spokój… naprawdę dajcie mi chwilę spokoju”.

I to nawet nie chodzi o śmierć. Bardziej o samo życie z chorobą. O ból. O to wszystko, co się z tym wiąże. O niemożność życia po swojemu. Robienia rzeczy, na które ma się jeszcze ochotę, bez tego pośpiechu i myśli, że może za miesiąc coś znowu się posypie albo wszystko będzie wyglądało inaczej.

 

Żyję właściwie pod ciągłym toporem pogorszenia. A w głowie od razu pojawia się obraz bólu, cierpienia i osamotnienia. Są momenty ulgi — zwykle tydzień, dwa po dobrej tomografii, kiedy okazuje się, że nic się nie zmieniło. Ale potem znowu zbliża się termin kolejnego badania albo zaczyna bardziej boleć głowa czy dzieje się coś innego i psychika od razu leci w dół. To jest strasznie obciążające.

 

 

Sobota

No i następny dzień, sobota. I jak już czuję, że wpadam w jakąś czarną dziurę, to uruchamia mi się taki mój mentalny system obronny. Zaczynam sama ze sobą pracować i próbuję się z tego wyciągać.

I jest już trochę lepiej. Nawet jeśli trafię do szpitala, to przecież świat się nie kończy. Najwyżej nie będę miała swojego Wi-Fi, jak ostatnio i dokupię większy pakiet internetu 😅. Mąż  będzie mnie rozpieszczał i dzieci na pewno będą przywozić dobre jedzenie. Noce jakoś się przetrwa. Przecież jeszcze nie umieram, prawda?To nie jest tak, że nagle jestem pełna energii i śpiewam jak skowronek. Po prostu próbuję znaleźć cokolwiek pozytywnego, żeby się jakoś wygrzebać z tego dołka.

I chyba tak już po prostu jest. Od czasu do czasu człowieka dopada. U mnie w kontekście choroby i szpitala. U innych przez życie, problemy, lęki, to co się dzieje wokół nich. No i tyle.

 

A poza tym...pierdolić to.

 

Zapraszam do moich zrzutek. Wstawiłam tam coś nowego z moich prac.

Zbieram na Nepal, mam nadzieję, że wykorzystam te środki na trekking, a nie na leczenie.

 

https://zrzutka.pl/4649ma

 

https://zrzutka.pl/mx877z

 

Blog - główna strona

CHCESZ  SIĘ ZE MNĄ SKONTAKTOWAĆ?

NAPISZ DO MNIE : beata.roszykiewicz@gmail.com